Vladimir Horowitz – pianista nieśmiały…

Bardzo zaskoczyła mnie kiedyś informacja, którą znalazłem o Horowitzu w pamiętnikach Piatigorskiego. Otóż wspomina Piatigorski, że młody Wołodia, [z którym wiolonczelista przed wojną przyjaźnił się i dużo koncertował – głównie w trio wspólnie z Nathanem Milsteinem] był człowiekiem niezwykle nieśmiałym i milczącym. Był młodzieńcem, którego trzeba było długo „oswajać”, zamkniętym w sobie i niezwykle ambitnym. Ponoć, gdy zasiadał do fortepianu w sytuacjach „pozakoncertowych”, zawsze grał utwór od początku do końca, nigdy się nie popisywał, nie grał efektownych fragmentów… Osobowość jego powodowała, że wszyscy obecni czuli drżenie, zanim jeszcze położył ręce na klawiaturze, czuli, że coś niezwykłego się za chwile wydarzy, gdy tylko podchodził do instrumentu.

Jakże to inny obraz Horowitza – człowieka – w stosunku do tego, który znamy z ostatnich lat jego życia, kiedy to stał się jowialnym „wujkiem”, skorym do uśmiechu, dziecinnych żartów i urokliwej błazenady. Niezwykła metamorfoza!

Fascynujące dla mnie u Horowitza jest, że także jego osobowość artystyczna rozwijała się do końca jego dni. Są takie typy artystów, także twórców, u których, w miarę upływu czasu, potęguje się ekspresja wypowiedzi. Nie poddaje się ona „naturalnemu” biegowi spraw, który na ogół działa na ludzi wzmacniając skłonność do syntezy, apollińskiej równowagi, czy, pod koniec życia, do „eschatologicznej”, chciałoby się rzec, refleksji. Po prostu, brutalnie mówiąc, wrażliwość zmysłów maleje, dając w połączeniu z doświadczeniem i mądrością życiową, często interesujące estetycznie rezultaty. Lub może to my, z wdzięczności wobec wielkich wykonawców za to, co dali nam w ciągu całego życia, tak tego doświadczamy… Jest w tej sytuacji swoiste piękno.

U Horowitza pod koniec jego długiej, acz przerywanej okresami milczenia kariery, nastąpiło zintensyfikowanie cech jego artystycznej, niezwykle silnej osobowości. Zawsze fascynowała mnie w niej specyficzna poetyka. Także niezwykła, przede wszystkim intuicyjna, opierająca się analizie, mądrość muzyczna. W tej silnie indywidualnej intuicji muzycznej należy upatrywać faktu, że Horowitz w oczach niektórych nie zasługuje na najwyższy piedestał. Ja do nich nie należę. Na mnie, jak i zapewne na bardzo wielu wykonawców wywarł on ogromny – kształtujący – wpływ.

Spróbuję uchwycić dlaczego. „Pianista nieśmiały” – ten przewrotny wstęp o Horowitzu – człowieku – nijak ma się do jego sztuki, wymykającej się wszelkim kryteriom. Posiadał niezwykłą artystyczną „odwagę cywilną”, wielką siłę, pozwalającą podporządkować wszystko, co czynił, wyrazowi muzyki. Dysponował elektryzującą techniką, swoistym bardzo warsztatem, który zawsze był na usługach ekspresji muzycznej. Grając ryzykował, nie bał się nigdy drobnych zabrudzeń – nie był absolutnym perfekcjonistą. Wyrażał pogląd, że dążenie do absolutnej „czystości” gry musi odbyć się kosztem wyrazu. Koncertował na niezwykle lekkim mechanicznie fortepianie, dostrojonym do wymagań mistrza, który już przed wojną sprezentowała mu firma Steinway, instrumencie o rzadkiej skali dynamiki. I też wykorzystywał ją do maksi­mum. Pod jego palcami instrument ten mienił się pełnią kolorów.

W swojej sztuce poruszał się w świecie poezji. Często była to poezja o wielkiej temperaturze psychicznych stanów. Jej intensywność była tworzona „tu i teraz”. Jest w jego grze zawsze element improwizacji, cecha, którą bardzo cenię u wykonawców [i nie tylko u nich]. Jej istotą jest swoistość widzenia tkanki muzycznej i pewien rodzaj zaskoczenia . Wielka wartość powstaje, jeżeli wykonawca jest w stanie pozostawić sobie margines dla improwizacji i jeśli do jej spełnienia jest technicznie wyposażony… jest to sytuacja najbardziej dla mnie przejmująca.

Horowitz wykonywał spory, aczkolwiek niewielki, w porównaniu na przykład z Richterem, repertuar, powracając w ciągu swojej kariery do pewnych utworów – talizmanów. Przeczył tym samym etykiecie, którą przykleili mu powierzchowni krytycy – etykiecie wirtuoza i technika. Z upodobaniem wielokrotnie grał Scarlattiego [Sonata E-dur] Schumanna [Kinderszenen] Chopina [Ballada g-moll]. Podobno
powiedział kiedyś, że chciałby zagrać recital złożony z kilku wykonań Ballady… To mówi wiele. Jego osobowość artystyczna jest bardzo kapryśna i złożona. Jest nieprzewidywalna. Fraza gnie się i zaskakuje cieniowaniami, tworzącymi klimat intymny i w dosłownym sensie słowa niepowtarzalny, bo bardzo trudny do intelektualnego uchwycenia, a zupełnie niemożliwy do skopiowania. Tak subtelne i rozliczne są to niuanse, a dzięki nim Tak łatwo rozpoznawalny timbre Jego głosu. Ta zanikająca cecha – rozpoznawalność stylu frazowania i rodzaju dźwięku – jest chyba wielką wartością. Pianiści dziś – o czym zresztą mówił Horowitz w wywiadach – grają coraz podobniej. Zresztą nie tylko pianiści. To cecha naszych czasów, doby uniformizacji i globalizacji oraz temat osobnych rozważań…

Horowitza można rozpoznać po kilku nutach. Poza specyficznym frazowaniem i ogromną wrażliwością na znaczenie harmonii uderza przestrzeń między planami dźwiękowymi i podporządkowanie wyrazu jednemu z nich – na ogół niespotykanie śpiewnej melodii i jej zróżnicowaniu. Zawsze powstaje wrażenie, że muzyka powstaje „od niechcenia”. Brak jakiegokolwiek wysiłku, również fizycznego, w zmaganiu się z materią instrumentu, tworzy taką iluzję. Myślę, że krytycy Horowitza mają problemy ze znalezieniem intelektualnego fundamentu jego sztuki. On się wymyka intelektualnym uzasadnieniom, które wielu ludziom są potrzebne do pełnego odbioru sztuki. Podobne problemy powstają w konfrontacji z silnie indywidualnymi zjawiskami poetyckimi. Horowitz jest zawsze niezwykle „charakterystyczny” w każdej swojej nucie i stwarza tym również problem naszym przyzwyczajeniom.

Pianista stał się legendą za życia, doświadczając frenetycznych owacji publiczności i silnie emocjonalnych reakcji na swoją sztukę. Tym bardziej podziwiam go, wczuwając się w jego emocje, kiedy wracał na estradę w Carnegie Hall, po dwunastu latach „milczenia”. Rozpoczął swój powrót na estradę od Bacha…

Ale absolutne wyżyny osiągał grając muzykę twórców, którzy swoją osobowością w jakiś sposób pewnie korespondowali z jego własną. Trzeba tu wspomnieć o bliskim mu Skriabinie, Schumanie, Chopinie, Rachmaninowie. Sporo grał – co zaskakuje – Clementiegio oraz wiele drobnych utworów, które stanowią dzisiaj peryferia repertuaru pianistycznego. Co interesujące – mało występował z orkiestrą i grał jedynie kilka koncertów fortepianowych – w tej liczbie genialnie – d-moll Rachmaninowa. Po 1965 roku jego sztuka stała się jeszcze bardziej wyrafinowana i nasycona ekspresją. Grał dużo wymienionych już powyżej twórców, trochę późnego Beethovena, nieco Liszta i Schuberta, sporo Mozarta. Znając dużo nagrań koncertowych Horowitza, dzięki możności słuchania w eterze [i po ich nagrywaniu wielokrotnego słuchania] audycji nieodżałowanego Jana Webera, który prezentował w nich różne takie „skarby”, myślę, że Horowitz zdecydowanie potrzebował atmosfery koncertu, atmosfery „jednorazowości” i tej niezwykłej koncentracji, która w takich sytuacjach się pojawia. Jego nagrania studyjne nie oddają pełni jego wielkości. Niektóre mogą ją wręcz fałszować i umniejszać. Powinniśmy żałować również, że Horowitz tak mało grał i jeszcze mniej zarejestrował muzyki kameralnej. To co z tej dziedziny pozostało, daje świadectwo niezwykłe.

Osobiście też ogromnie boleję, że nie dane mi było przeżyć koncertu Horowitza na żywo. Jego charyzmat, o którym słyszałem od naocznych świadków jego koncertów, był zjawiskiem unikalnym w świecie wykonawstwa. Ludzie potrafili pokonywać wielkie odległości, aby posłuchać jego rzadkich koncertów w latach 70-tych i 80-tych, po czym często po kilku minutach słuchania reagowali łzami wzruszenia. A on, elegancki, zawsze w muszce, których miał ponoć tysiące [wybrany „bow-tie wearer of the year”] pełen ciepła i dziecięcej naiwności, jakby nieświadom tego co daje ludziom i co „wyprawia” na fortepianie, zawsze pozostawał w kontraście do napięcia swojej muzycznej poezji i często psychodelicznej ekspresji. Być może było to podkreślenie świadomie wyreżyserowane… Na pewno zdawał sobie sprawę z „rejonów” w jakich się poruszał.

Niepowtarzalność – to słowo, które przychodzi mi na myśl pod koniec tej refleksji. Nigdy już pewnie nie będziemy mieli szansy usłyszeć takiego pianisty, sądzę wręcz, że ten format osobowości wykonawczych już odszedł, lub właśnie odchodzi od nas na zawsze…