Chciałbym znać sposób rozwiązania problemu ogromnej nadwyżki ilości utalentowanych muzyków, nad ilością uszu chcących ich słuchać, pozwalając im tym samym utrzymać się przy życiu z grania. Konkursy, stworzone w celu umożliwienia najzdolniejszym startu w zawodową karierę, tracą stopniowo tę funkcję. Ich liczba, a zatem i liczba laureatów powoduje, że „rynek sztuki” nie jest w stanie ich wchłonąć. Konkursy stają się rodzajem igrzysk, często bardzo dramatycznych dla uczestników. Na pewno zawsze bardzo męczących i stresujących.

Do zastanowienia skłania przede wszystkim mnogość mylnych werdyktów jurorów, ocen krzywdzących, czy też premiujących przeciętną poprawność warsztatową. Za każdą taką decyzją kryją się, poza sprzeniewierzeniem się idei, rozczarowania i cierpienia młodych ludzi. Wielu jest laureatów prestiżowych imprez, którzy nie sprawdzają się w życiu koncertowym. Po prostu nie są indywidualnościami artystycznymi. Równie wiele charyzmatycznych osobowości, nie mieszcząc się w akademickich kanonach, bywa odrzucanych już w pierwszych etapach selekcji. Często to właśnie ci odrzuceni znajdują później drogę do estrad koncertowych – dużo większym nakładem wysiłku, okupując to ogromnymi kosztami psychicznymi. Nierzadko również mierni laureaci, dostając się pod opiekę agencji impresaryjnych i firm płytowych, zapełniają rynek swoją bylejakością i przyczyniają się do degradacji sztuki wykonawczej. Ludzie zarabiający na sztuce, ze swoimi metodami manipulacji świadomością odbiorców, z agresywną reklamą, czyniąc ze sztuki pięknie opakowany i starannie reklamowany „produkt”, dopełniają reszty za­mie­szania.

Mimo, że konkursy mają często wpisaną w swoje credo wolę poszukiwania oryginalności i kierowanie się wysokimi kryteriami artystycznymi, w praktyce preferują cechy inne: obiektywnie „mierzalną” wirtuozowską sprawność oraz uniwersalizm estetyczny. Przyczyną jest tu z jednej strony sama zasada selekcji, a z drugiej etyczna i artystyczna ranga jury. Tu właśnie kryje się to, co powoduje, że uważam je za zło konieczne, a co będę chciał za moment rozwinąć szerzej. Do tego dochodzi kłębowisko partykularnych interesów jurorów – pedagogów, czego rezultatem są oceny dalekie od obiektywizmu, manipulowanie punktacją i cała lista nieczystych metod, które umożliwiają osiągnięcie wyniku korzystnego raczej dla jurora…

Najważniejsze jest zastanowienie się nad tym splotem okoliczności i mechanizmem, który w moim głębokim przekonaniu przyczynia się do upadku czy raczej „degeneracji” wykonawstwa jako sztuki. Że upadek ów postępuje, może nie być oczywiste. Rozumiem go jako zanik indywidualnych silnych wizji interpretatorskich, unifikację estetyki, postępującą mechanizację w kształtowaniu materii muzycznej. Interpretacje stają się coraz mniej wewnętrznie zróżnicowane, coraz mniej osobiste. Wkrada się w nie schematyzm i sztywność w kształtowaniu przebiegu czasowego. Często brakuje im charakterystyczności i wizjonerstwa. Coraz trudniej rozpoznać indywidualny idiom poszczególnych artystów, czy też scharakteryzować ich estetykę. Gdy słucham nagrań wielkich artystów z pierwszych dekad XX stulecia, którzy są dla nas jedynym punktem odniesienia, wątpliwości moje budzi również obiegowy pogląd o rozwoju techniki, czyli opanowania instrumentu. Przyczyn tego procesu jest wiele. Do jednej z nich na pewno zaliczyłbym konkursy wykonawcze.
Są one z kolei częścią fenomenu, którego istotą jest ko­mer­cjalizacja sztuki oraz postępująca globalizacja handlu sztuką, czyli sytuacja, polegająca na tym, że na całym świecie – od Sumarty po Bergen – można w sklepach z płytami kupić te same nagrania i oglądać plakaty reklamujące tych samych, częstokroć złych muzyków. Czyli ogromny wzrost łatwości wymiany informacji między samymi wykonawcami z jednej, oraz odbiorcami z drugiej strony, a także chęć [czy aż tak chwalebna…?] dotarcia do jak największej ich liczby. Głównie w celu zarabiania pieniędzy….

Być może nie ma innej drogi. Być może jest to pewien etap przejściowy. Być może konieczne są zmiany w naszym podejściu do chęci umasowienia kultury wysokiej, która zawsze przecież była elitarna – i to nie tylko z powodów „klasowych”, ale dlatego, że, jak zauważył Stanisław Jerzy Lec, „Świat jest chyba stożkowaty – największe jest dno”. W każdym razie nie­zależnie od poglądu na temat wysokości tego stożka oraz średnicy jego podstawy, powstaje sytuacja, w której pewne wartości w odtwórstwie giną, a wykonawcy różnią się coraz częściej jedynie nieistotnymi detalami. Stając, niejako zmuszeni, do bezpośrednich porównań, przejęci są przede wszystkim poprawnością warsztatu, bo od niej zależy ich „być albo nie być”. Są też ponad miarę zdenerwowani… Fakt przygotowywania się do konkursu jest moim zdaniem czynnikiem negatywnie oddziałującym na ich podświadomość, czynnikiem, który wpływa na decyzje estetyczne, hamując rozwój indywidualnych poszukiwań.

Jury ocenia, z zasady tworząc wypadkową gustów i opinii. Skrajne poglądy wzajemnie się znoszą lub są przez regulamin punktacji automatycznie eliminowane… Efektem tego jest częste zjawisko braku identyfikacji samych sędziów z „wyrokami”, które podpisują. Sytuacja przedziwna i zastanawiająca. Rezultatem estetycznym są zachowawcze interpretacje, które zadowalają tak zwaną większość. Kryterium tragiczne w skutkach dla sztuki wykonawczej.

Ze smutkiem muszę stwierdzić, że nie ma prostego rozwiązania tego problemu, zatrzymania procesu, który wspierany jest chęcią zysku i w który zaangażowane są ogromne rzesze i wielkie pieniądze. Ludzie przyspieszający ów proces mają wypisane na sztandarach pozornie szczytne hasła, nie zauważając przy tym szkód, jakie czynią delikatnej i nieuchwytnej materii muzyki i wrażliwej psychice utalentowanych młodych artystów. Może trzeba pomyśleć o stworzeniu nowych form pozwalających objawiać się talentom wykonawczym, form stymulujących rozwój sztuki wykonawczej, a nie przyczyniających się do jej sprymi­tywizowania. W końcu określenie „typ konkursowy” ma zabarwienie pejoratywne…